środa, 11 grudnia 2013

Awaria

Dzisiejszy dzień był niezwykły. Na naszym osiedlu podczas prac budowlanych koparka naruszyła przewód z gazem. Zrobiła sie afera, no i oczywiście od rana do późnego popołudnia nie mieliśmy ani gazu, ani prądu. Mieszkanie szybko się wychłodziło, a my stanęliśmy w nim bezradnie bo nie mieliśmy ani ciepłej wody, ani możliwości jej podgrzania, czy przyrządzenia obiadu. Jednak wcale nie na tym polega niezwykłość dzisiejszego dnia.

Okazało się bowiem, że musimy całkowicie zmienić nasze środowe plany. Zamiast zaplanowanej wizyty terapeutki w naszym domu, postanowiliśmy po odebraniu Jaśka z przedszkola pojechać z nim do naszych znajomych, gdzie mogliśmy szybko coś mu przyrządzić do jedzenia. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że jeszcze dziś rano przedstawiłam Jasiowi kompletnie inny plan dnia i nagle zdałam sobie sprawę, że dzisiejszy dzień będzie dla naszego synka dniem pełnym wyzwań, ponieważ zostaną w nim złamane wszystkie jego ulubione schematy.

Pojechaliśmy więc do przedszkola przygotowani na najczarniejsze scenariusze. Jaś jednak całkowicie nas zaskoczył. Spokojnie dał sobie wytłumaczyć gdzie pojedziemy i że nie wracamy na razie do domu. Nie, to nie jest takie oczywiste w przypadku Jasia, do tej pory protestował, gdy tylko tata próbował w minimalny choćby sposób zmienić trasę powrotną z przedszkola do domu. Przed domem znajomych musieliśmy chwilkę na nich poczekać i znów zrobiło mi się gorąco, bo miałam już w głowie obraz rozryczanego Jaśka rzucającego się w samochodzie. Nic takiego nie nastąpiło. Następnie Jaś wszedł spokojnie do domu znajomych, zjadł obiad i zrobił siku w obcej łazience, po czym zarządził, że chce wracać do domu.

Pojechaliśmy więc z powrotem. Kiedy wjeżdżaliśmy na nasze osiedle było już ciemno (godzina siedemnasta). Z daleka zobaczyliśmy, że latarnie przy naszym bloku się nie świecą i już wiedzieliśmy, że w naszym domu wciąż nie ma prądu. To oznaczało kolejny trudny dla Jasia moment. Jasiek jest bowiem fanem naszych przydomowych latarni (codzienny rytuał to obserwowanie jak się zapalają wieczorem i informowanie nas o tym). Jasiek z daleka więc zobaczył, że coś jest nie tak, zachował jednak spokój. Po wejściu na klatkę schodową Jaś musiał przeboleć brak swoich ulubionych światełek przy gniazdkach (zawsze wchodząc na klatkę komentuje, że świecą), następnie przedłużył nam się postój pod drzwiami, poszukiwanie telefonu, żeby poświecić przy otwieraniu drzwi i kompletna ciemność po wejściu do domu, czyli wszystko to, za czym Jaś nie przepada. A co najgorsze, nie działało żadne z jego ulubionych urządzeń elektrycznych. Jaś pozostał jednak spokojny, obserwował wszystko co się wokół niego dzieje, komentował, ale ani przez chwilę nie płakał. Wkrótce włączono prąd i gaz i wróciliśmy wraz z naszym dzielnym synkiem "do normalności". Po dniu pełnym wrażeń, Jaś bardzo szybko zasnął. Oby więcej takich pozytywnych dni.

1 komentarz:

  1. No i proszę, jaki wspaniały chłopak. Rodzice czarne wizje, a Jaś ze spokojem przyjął to, co los zgotował :) Brawo, Jasiu!

    OdpowiedzUsuń